Mikrusy Fiat 125
  


 

"WARSZAWIANKA" PŁYNIE JAK HRABIANKA W TAŃCU,
LECZ RÓWNIEŻ CHLEJE WACHĘ JAK DZIWKA Z PIGALAKA…

Popularna przed wieloma laty, marzenie tych bardziej uprzywilejowanych obywateli PRL-u lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, auto które można spotkać na polskich drogach mimo, iż od zakończenia produkcji minęło ponad trzydzieści lat…. Ale również i samochód, który staje się u nas klasykiem i autem prawie kultowym.

Więcej, na II Zimowym Zlocie Syren i Warszaw w Łodzi w marcu br. pojawiło się więcej warszawianek, niż w roku ubiegłym. Mało tego, autka są w coraz lepszym stanie, odbudowywane czasami od podstaw mają coraz mniej "wynalazków" i są coraz bardziej zgodne z oryginałem, co jest przecież coraz trudniejsze do wykonania.

Niestety w mojej rodzinie warszawianka żadna się nie pojawiła, tylko brat matuli posiadał ich kilka i zawsze były obiektem mojej zazdrości i podziwu… Raz tylko przed prawie trzydziestu laty miałem "przyjemność" holowania zimą przez kilkadziesiąt kilometrów syrenki po oblodzonej szosie. Wrażenia były nie do opisania, auta szły jak burza, skarpetą z zaciągniętym "ręcznym" rzucało z lewej na prawą stronę. Całe szczęście, że były bandy śnieżne po pługu odśnieżającym - to i dojechaliśmy do stolicy.

W moich zbiorach było kilka warszawianek, w tym jedna piękna, czerwona i garbata. Niestety były w moim życiu obok lat tłustych i chude więc zdarzyło się iż musiałem rozstać się z garbatą, ale życie dopisało szczęśliwe zakończenie: dziś jest ona eksponatem muzeum motoryzacji w Krakowie. Nie rozpaczam bardzo po niej ponieważ zewnętrznie była śliczna, natomiast mechanicznie była skundlona: z silnikiem górnozaworowym i skrzynią biegów od uaza, biegami w podłodze.


Granatową 204-ką sedan, którą też kiedyś przez kilka lat posiadałem, młody człowiek codziennie rano dojeżdża do pracy w Warszawie.

Aktualnie jestem "posiadaczem" jasno szarej 224 z 1970 roku, którą nabyłem od emerytowanego pułkownika LWP. Auto tow. pułkownika przez kilkanaście lat woziło go służbowo, później z nim przeszło na emeryturę. Na szczęście nie dokonano żadnych rewolucyjnych "usprawnień" i jest w 100% oryginalne, włącznie z blachami błotników!

Ponieważ trzeba było odrobinę pewne elementy szpachlować, to całościowo położony został również lakier i… autko odpala za pierwszym razem nawet po kilku tygodniach stania.

O tym jak jest wygodne najlepiej świadczy fakt, iż malutka córeczka przyjaciela zwykła mawiać: "Ja chcę jechać z tym wujkiem co ma takie autko w którym z tyłu jest wersalka jak u babci!!…"

Oczywiście chciałbym powrócić do tematu garbuski, ale jestem realistą i kasy nie wystarczy aby kupić taką zgodną z oryginałem, natomiast doprowadzenie "kundla" do oryginału wydaje mi się prawie już dziś niemożliwym przedsięwzięciem. Choć mam komplet błotników i oryginalne fabrycznie nowe światła tylne, to jest już coś na początek…



Po wieloletnim wspólnym i szczęśliwym pożyciu w dniu 29 sierpnia 2005 r,
w wieku 35 lat
opuściła moje zbiory niezapomniana i niezawodna

FSO WARSZAWA 223

Dzielnie reprezentowała produkty warszawskiej FSO na wielu rajdach i zlotach. Była praktyczna
i niezawodna. Mimo tylu lat od pierwszej do ostatniej blachy oryginalna i w całkiem niezłej kondycji... W odróżnieniu od właściciela, dla którego jej obsługa czy zwykła wymiana koła stawały się wyczynem ponad nadwątlone jego siły i możliwości. Mam nadzieję, iż w ramionach Pana Marcina
z Warszawy będzie szczęśliwą i że zobaczymy ją na wielu jeszcze zlotach...

Nieutulony w żalu

AMPiR


     
Mikrusy Fiat 125