Syrena 110 Mikrusy
  


 

Masz problemy ze słuchem? Chcesz mieć jeszcze większe?
KUP SOBIE SYRENĘ BOSTO - PIERWSZY POLSKI MINI VAN!!!

A tak zupełnie poważnie, to kiedyś prawie 32 lata temu z okazji lipcowego święta zaprezentowano nowy model dostawczej syreny - 104 BOSTO, a w rok później uruchomiono produkcję modelu 105 Bosto. Od samego początku stała się ona przedmiotem marzeń wielu rzemieślników, ogrodników, handlarzy i rolników. Nie była tak archaiczna jak warszawianka combi, nie pochłaniała olbrzymich ilości paliwa, a przy swojej ładowności od 350 do 450 kg (w zależności od zastosowanego ogumienia). Na pakę ładowano oczywiście czasami o wiele więcej… Znakomicie sprawdzała się w swojej roli. Miała też tę niepodważalną zaletę, iż od święta w części tylnej można było zamontować dodatkowe siedzenie i wtedy cała 4-osobowa rodzina mogła udać się w niedzielę do kościoła.

Był to więc taki jeden z pierwszych europejskich minivanów, choć takie "blaszaki" produkowali już producenci francuscy i włoscy.

Kiedy więc w moich zbiorach były już: 100, 110 i laminaty to naturalną koleją rzeczy było rozpoczęcie poszukiwań modelu Bosto. Trwało to niestety dość długo ponieważ ta wersja nadwoziowa była dość intensywnie eksploatowana przez użytkowników. Do naszych czasów - mimo iż od zakończenia produkcji modelu płynęło tylko nieco ponad dwadzieścia lat - dotrwało niewiele egzemplarzy, przede wszystkim z powodu podatności na korozję zewnętrznych elementów nadwozia. A ponieważ "blachy" do tego modelu były stosunkowo trudne do nabycia (rzemiosło praktycznie ich nie wytwarzało), to co pozostało można określić krótko "strychnina".

Ale dobry Bóg czuwał nad swoim grzesznym synem, rozwodnikiem i pewnego pięknego dnia przed ponad rokiem w poczcie elektronicznej znalazłem propozycję odsprzedaży takiego auta, a właściwie chyba trzech egzemplarzy. Jeden odpadł z powodu paranoidalnej ceny, nieadekwatnej nawet do wizualnej propozycji (chyba to była najwyższa cena za 1 kg korozji), drugi był na fotkach nawet przyzwoicie wyglądającym autkiem, ale "posiadacz", myślę że handlarz-pośrednik, przekonywał mnie o wyjątkowej wartości historycznej i unikalności jego egzemplarza.

Natomiast trzecia propozycja zaintrygowała mnie. Ze Złotowa, od sympatycznego Pana Józefa Czajki - nauczyciela z jednej z tamtejszych szkół średnich otrzymałem propozycję odkupienia "bostonki" stanowiącej własność jego taty, emerytowanego pszczelarza. Choć młoda wiekiem (rocznik 1983) miała już bogaty i ciekawy życiorys, rodem jak z kryminalnych filmów. Ponieważ została zakupiona przed ponad dwudziestoma laty przez starszego już pana, to nie została "skatowana", a służyła okazjonalnie do wożenia słoików z miodem z własnej pasieki na okoliczne targowiska. Łącznie przejechała "w swoim życiu" nieco ponad 35.000 km! Tyle, że…

Została skradziona właścicielowi i użyta przez lokalnych gangsterów do dwóch napadów na sklepu GS-u i na jeden magazyn. Znaczy się była narzędziem przestępstwa, jako że jej duża powierzchnia ładunkowa pozwalała na załadowanie wielu kartonów z deficytowymi wtedy winami marki wino, cukrem, makaronem i innymi trudno dostępnymi produktami…

Niestety przeciążona ładunkiem i złodziejami wpadła na drzewko w lesie, rozbiła sobie błotnik i reflektor, zablokowała koło i zakopała się w piachu. Na szczęście wrogie, antysocjalistyczne elementy i pasożyty nie znały brutalnych metod naszych współczesnych mafiosów w czarnych bmw i "bostonka" została… rozładowana z trefnego towaru i… własnie - nie spalona, a porzucona w lesie!!! Kiedyś też, przed laty włościanie nie rozbierali porzuconych w lesie autek przez pół godziny na części a tylko powiadomili ukochaną, socjalistyczną milicję o znalezisku. I autko powróciło do właściciela. Po remoncie zatartego silniczka skarpeta zagdakała swoim urodziwym grzechotem silniczka urokliwą melodię i roznosząc woń paliwa zmieszanego z miksolem jeździła w okolicach ślicznego miasteczka Węgorzewem zwanego. Później przez kilkanaście lat właściwie garażowała, aż właściciel garażu postanowił odzyskać swoją własność dla świeżo nabytego auta. Stąd pomysł zbycia tego autka.

Gdy dotarły do mnie zdjęcia od tyłu przodu i z boku oraz wnętrza to nie zastanawiałem się zbyt długo i… wybrałem się do Złotowa. Ponieważ Pan Czajka remontował właśnie uroczą renówkę 4-kę ( w b. dobrym stanie mechanicznym i niezłym blacharskim), to przy znanej wysokości uposażenia nauczyciela na prowincji, liczył się każdy grosz… Nabyłem więc bez wahania to autko i w tydzień później podjąłem heroiczną próbę przyjechania do domciu. Na szczęście autko miało przegląd, to po ubezpieczeniu pojazdu mogłem ruszyć.

Nie dojechałem jednak zbyt daleko, po niecałych dwóch kilometrach zabrakło paliwa…

Powiem tak: zakupienie paliwa na ponad 380 km jazdy, linki holowniczej, kanistra, trójkąta ostrzegawczego ostrzegawczego kilku żarówek znacznie… przewyższyło cenę zakupu auta!!!

Sama podróż przez Bydgoszcz, Toruń, Płońsk do Warszawy trwała ponad 10 godzin (z niewielkim przerwami na papu i tankowanie), odbyła się w deszczu i w zapadających wcześnie ciemnościach, czasami bardziej "na czuja" niż cokolwiek widząc, jako że trzydziestoletnie żaróweczki przy marnym ładowaniu niewiele światła dawały… Jak w końcu prawie już przed północą dojechałem do Warszawy to bolały mnie ręce, glowa od potwornego pogłosu we wnętrzu tego auta, dupsko i oczęta…

Nie wspomnę już o kilkakrotnym podwiązywaniu urywającego się z wieszaka tłumika…

No coż, na aktualny stan zdrowia też trzeba sobie zapracować.

Ale dziś autko jest już po niewielkim remoncie nadkoli tylnych, wymianie maski i przednich błotników oraz po malowaniu i niewielkim remoncie mechanicznym. Pomyka po stołecznych ulicach na "nowych", fabrycznych z "cyckami" jeszcze gumach, dalej niemiłosiernie grzechocze w środku, ale ludziska oglądają się za nią na ulicach, inni kierowcy podnoszą kciuki do góry i uśmiechają się, trabią. A to takie miłe w czasach powszechnej nietolerancji i agresji na ulicach…

Teraz trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać, a może na horyzoncie pojawi się jeszcze rolnicza R-20, albo jej zubożona krewna (bez drzwi!), zwana chyba "Mułem"? Może inny prototyp polskiego autka z lat 60-tych czy 70-tych, jakich kilka wtedy powstało na bazie syreny… Może gdzieś jeszcze zachowała się wersja kombi?!


Z wielkim żalem i smutkiem zawiadamiam, iż dnia 27 czerwca 2005 r.
z moich zbiorów ubyła w wieku 23 lat

SYRENA BOSTO

Ponieważ po kilku operacjach nie tylko plastycznych jak na swój wiek trzymała się wyjątkowo dobrze,
to mam nadzieję, że trafiwszy w dłonie Pana dwojga imion Piotra Tomasza z Teresina,
pasjonata syrenek, jeszcze przez wiele lat będzie cieszyła nowego właściciela
oraz wielu pasjonatów polskiej socjalistycznej motoryzacji...

Nieutulony w żalu

AMPiR


     
Syrena 110 Mikrusy