Listy gończe Do ślubu
  


 

RAJDY, ZLOTY I INNE SPOTKANIA…

Nie będę ukrywał, iż przez dłuższy okres unikałem udziału w różnego rodzaju rajdach i zlotach. Przyczyn było wiele, od tych zwykłych zdrowotnych spowodowanych przebytym rozległym zawałem serca (to co dla innego jest tylko zwykłą codzienną czynnością, dla mnie - czasami w zależności od np. zmian pogody - okazywało się wyzwaniem) do bardzo prozaicznych - każda impreza, wyjazd, to określone koszty… (a przecież za te kilkaset złotych wydane na paliwo, hotel można by kupić np. fabrycznie nowe błotniki przednie do syreny, komplet "nowych" gum 15" na giełdzie, czy odłożyć na opłacenie OC od jednego z autek).

Nie, nie narzekam - wprost przeciwnie, myślę iż do tej pory należałem do tej nielicznej grupy pasjonatów starej polskiej motoryzacji, którzy mimo wszystko wiązał bez większych problemów "koniec z końcem"…

Lecz pewnego razu powiedziałem sobie, że nie ma żadnego racjonalnego powodu aby wstydzić się tego czego się w jakimś sensie się dokonało przez te kilka lat. Przecież posiadanie 46-letniej syrenki 100-tki, prototypu 110-tki, czy zbioru laminatów to może być po pierwsze powodem do pewnego rodzaju dumy, iż ocaliło się część naszej historii motoryzacji od zniszczenia i zapomnienia, z drugiej zaś strony - nawet jeśli jednemu lub kilku młodym ludziom zaszczepi się tę miłość do motoryzacyjnych staroci, to będzie już coś. Gdy zaś posłuchało się wspomnień starszych panów i pań, że oni też mieli kiedyś takie auto, to też warto posłuchać…

I właściwie zaczęło się to przed pięcioma laty, kiedy pierwszy raz wybrałem się na zlot syren i warszawianek… I było to niezapomniane przeżycie, wtedy poczułem że tak trzeba… Fakt, iż następnego roku "przegiąłem" i pod Muzeum na warszawskiej Woli doprowadziłem sześć autek, później przez tydzień je odprowadzałem do garażu koło Płońska.

Dwukrotnie wystawiałem swoje nietypowe syrenki na wystawie motoryzacyjnej na Pikniku Lotniczym w Góraszce (naprawdę wspaniale zorganizowanej imprezie). Zaowocowało to wieloma wspaniałymi spotkaniami i kontaktami. Raz jeszcze okazało się, iż każdy Polak znał się kiedyś na polityce i koniach, dziś - na polityce, kobietach i historii polskiej motoryzacji.

Czasami trudno wyobrazić sobie jak bogata jest wyobraźnia przeciętnego tatusia, kiedy opowiada swojemu dziecięciu bajki, mimo iż na zegarze dopiero 12.00 w południe. Ale też dzięki tej i podobnym imprezom udało się dotrzeć do wielu ludzi, którzy gdzieś, kiedyś "zachomikowali" wiele części zamiennych, dzięki którym dziś moje "skarpety" dalej znajdują się w stanie prawie fabrycznym.

Moje starocie, dymiąc niemiłosiernie nie spalonym mixolem, czasami odmawiając posłuszeństwa w drodze (ale tylko chwilowo) przez te kilka lat odwiedziły ze mną kilka przepięknych miejsc, byliśmy w Pułtusku, Płońsku, Toruniu, Krakowie, Białymstoku i w wielu innych miejscach. Nawet w okresie zimowym, dwukrotnie wybrały się na zlot do pięknego miasta Łodzi. "Wieka Beskidzka", czy zloty aut francuskich lub "postkomunistycznych" w okolicach Krakowa - to naprawdę wspaniale zorganizowane imprezy, gdzie nie tępiono wcale przybysza z miasta Warszawy…

W tym miejscu chciałbym przeprosić organizatorów wielu imprez, iż "uciekam" po jednym np. dniu, ale proszę mi wierzyć, czasami taka kilkuset kilometrowa wyprawa to dość znaczne obciążenie dla mojej nieco czasami nawalającej "pompki" i pozostawanie np. na drugi czy trzeci dzień to już znaczne obciążenie dla organizmu.



Wiem, że dla przeważającej w syrenowskich imprezach, dorastającej młodzieży należę już do pokolenia "dziadków", ale wbrew temu co się powszechnie przyjmuje, są to ludzie młodzi wiekiem, ale czasami dysponują wiedzą teoretyczną i praktyczną jakiej nie powstydziłby się mechanik o dwie dekady od nich starszy.

Wiem, że mamy w Rzeczpospolitej kolekcjonerów posiadających auta wspaniale odrestaurowane, czasami od dość znacznej wartości materialnej, ale np. ostatni II Zimowy Zlot Syren i Warszaw w Łodzi - 2004 pokazał, iż i syrenkę można tak odbudować, z tak ogromnym nakładem sił i kosztów, iż twórcom i producentom nigdy nawet nie śniło się, że ich "auta" mogą tak wyglądać…

I na koniec: szkoda tylko, że jak nie wiadomo o co w czymś chodzi, to chodzi najczęściej o pieniądze, a właściwie o ich totalny brak. Nie mówię o właścicielach jaguarów, mg, klasycznych mercedesów, ale o "posiadaczach" skarpet, którzy na każdy zlot, wspólny wyjazd odkładają "kasiorę" nieraz przez wiele tygodni czy miesięcy. Dla nich opłacenie nawet rocznej składki OC, to olbrzymi wydatek ponieważ ich pojazd nie popadają "pod zabytek". Przy totalnej fascynacji zachodem i struclami z Niemiec czy USA, często zapominamy, iż to właśnie warszawianki, syreny czy mikrusy są zabytkami polskiej motoryzacji, że tych zachowanych w stanie fabrycznym jest już czasami w zależności od modelu tylko kilka lub kilkanaście. Za kilka już lat, kiedy w sposób naturalny zejdzie pokolenie "pierwszych" ich właścicieli (dziś już siedemdziesięcioletnich staruszków), może okazać się, iż pozostanie nam tylko po nich korozja i wspomnienia.

Kilka tygodni temu dostałem zdjęcia, jednego z kilkunastu wykonanych prototypów syreny 110-tki, w którego resztkach właściciel urządził sobie autentyczny śmietnik przyzagrodowy… Podobny los czeka pewnie również unikalny egzemplarz syreny laminat, która poważnie zdekompletowana wylądowała na dachu w jednym ze stołecznych szrotów…
Niestety, na przełomie kwietnia i maja 2004, życie dopisało finał do tej informacji. Kiedy odwiedziłem miejsce postoju "resztek" to okazało się, że gospodarz zrobił porządek w obejściu, a to, co pozostało trafiło na złomowisko.

Czy tak być powinno?!

Dajcie znać jeśli na waszych oczach giną ostatnia zabytki polskiej, siermiężnej powojennej motoryzacji. Jeśli nie ja, to może uda się przekazać namiary innym "nawiedzonym", już w paru przypadkach mi się to udało…


SEZON 2005

Nie będę ukrywał, iż po raczej niezbyt optymistycznym ubiegłym roku i wszystkich wydarzeniach z nim związanych z pewnymi obawami wkraczałem w rok bieżący. Na szczęście - oprócz stanu kasy - wszystkie pozostałe elementy żywota na tym nędznym ziemskim padole były - można powiedzieć biorąc pod uwagę okoliczności - OK!
Jak mawiał tow. Tuwim: "Nigdy nie jest aż tak źle, aby gorzej być nie mogło, ale... - zawsze może być lepiej!!!". Dlatego też pełen umiarkowanego optymizmu wkroczyłem, a właściwie... wyjechałem w ten nowy 2005 rok w pewny styczniowy czy lutowy poranek na:

- III ZIMOWY ZLOT SYREN I WARSZAW DO ŁODZI

Krótko mówiąc impreza z roku na rok coraz lepsza. I tak z tego powodu, iż organizacja na coraz wyższym poziomica a i dla tego również, iż zbiera się na niej coraz więcej syrenek i warszawianek, odremontowanych zgodnie ze stanem fabrycznym a czasami nawet lepiej. Mijają - z powodu naturalnej selekcji - czasy, kiedy na zlocie tym i podobnych pojawiały się zastępy młodych, szalonych kierowców na swych ryczących, rozklekotanych maszynach, którzy stanowili niebezpieczeństwo i zagrożenie dla syrenek, samych siebie i oglądających...

To nic, że temperatura wewnętrzna w pojazdach podczas jazdy przekraczała niewiele ponad 0°C. Nie stanowiły również problemu zaśnieżone jezdnie, czy przydrożne zaspy. Ważne było to, iż dla wszystkich była to okazja do wspaniałej zabawy i wspólnego obcowania pasjonatów siermiężnej PRL-owskiej motoryzacji. Nie bez znaczenia było i to, iż niektórzy swymi kopcącymi, pachnącymi MIX-olem pojazdami pokonali nawet po kilkaset kilometrów.

Moja niezawodna pomarańczowa syrenka-laminat "Piękna Rachela" z niemieckim serduszkiem raz jeszcze udowodniła, że owoc pomysłowości polskiego inżyniera i niemieckiej techniki nie boi się nawet najtrudniejszych warunków atmosferycznych.

Wyjechałem - dojechałem - wróciłem.


- ZLOT SYREN, WARSZAWIANEK I INNYCH MOTORYZACYJNYCH STARUSZKÓW W KOLE

To następna sympatyczna lokalna impreza, na którą po raz wtóry - mimo ponad 500 km do przejechania - wybrałem się w mijającym roku. I podobnie jak w roku poprzednim ogromne podziękowania dla organizatorów za zorganizowanie wspaniałej zabawy dla wszystkich uczestników. Ta impreza zasługuje na szczególne uznanie przede wszystkim dlatego, iż oprócz jazdy i zwiedzania wielu ciekawych miejsc można było mi.n. porzucać stalowymi kulami do celu, czyli pograć w bule, pograć w mini golfa czy sprawdzić swoje umiejętności w innych zawodach sprawnościowych. Lecz niezapomnianych wrażeń dostarczyła również możliwość uczestniczenia w wielkiej paradzie przez miasto Kołem zwane... Można powiedzieć że prawie ci sami uczestnicy, te same autka, ale co roku inaczej i równie ciekawie.

- OGÓLNOPOLSKI ZLOT SYREN I WARSZAW W WARSZAWIE
I KARCZEWIE - NIESTETY SIĘ NIE ODBYŁ...

Naprawdę szkoda, ponieważ ta mająca już wieloletnią tradycję syreniarska impreza na stałe wpisała się w kalendarz imprez ogólnopolskich. Ale i czasy coraz trudniejsze a i ponoć jakieś dodatkowe przeciwności były uniemożliwiające organizację imprezy. Szkoda - również dlatego, iż była to praktycznie ostatnia tej rangi impreza w stolicy dla maluchów i ich rodziców pasjonatów polskiej motoryzacji lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Ze względu na fakt iż wielu młodych "posiadaczy" produktów pochodzi ze stolicy lub miasta Łodzi, to była również stosunkowo tania impreza ze względu na koszty...

Mieć tylko należy nadzieję, iż była to tylko jednoroczna przerwa w tradycji...

- ZLOT KRAKOWSKIEGO SMOKA CZYLI SPOTKANIE SYRENIARZY I POSIADACZY WARSZAW W KRAKOWIE

To impreza, która uratowała honor tych pojazdów na arenie ogólnopolskiej. Ktoś kiedyś powiedział, że kobiety to słaba płeć, ale to bzdura totalna ponieważ to One wspaniale zorganizowały i poprowadziły tę imprezę. Było w czasie jej trwania wszystko o czym można było tylko zamarzyć. I zwiedzanie Wawelu i wystawa pojazdów po nim, jazda wg opisu po górach oraz uczestnictwo w lokalnym festynie. Nie zabrakło również zwiedzania Kopalni Soli w Wieliczce. Czyli dla każdego coś miłego!

Trzy dni wspaniałej, arcyciekawej imprezy, i do tego za wcale niezbyt duże pieniądze nawet dla 3-4 osobowej rodziny. I choć spotkałem się z zarzutem części "posiadaczy" tych prawdziwych, oryginalnych syren, iż nie powinno się dopuszczać do takich imprez samoróbek to ja tam się dalej upieram iż moja "Piękna Rachela" i jeszcze dwie czy trzy przerobione syrenki były naprawdę interesujące i ciekawe, a wykazana przez ich budowniczych inwencja twórcza - godna naśladowania. Bo czyż nie lepiej jest dać skarpecie nowe życie (nawet z silnikiem od VW czy renault-a), niż miałaby skończyć na złomowisku?...


X JUBILEUSZOWY PIKNIK LOTNICZY W GÓRASZCZE, TO RÓWNIEŻ...

...wbrew pozorom liczący się akcent motoryzacyjny, a to za sprawą organizowanej corocznie przez Redakcję AUTOMOBILISTY na lotniczych błoniach wystawy pojazdów zabytkowych. W tym roku było ich kilkadziesiąt, w tym conajmniej kilknascie bardzo ciekawych i wartościowych. Moja biała warszawianka jak uboga krewna (choć bez specjalnych kompleksów) znalazła miejsce obok fantastycznie zachowanej czajki z kierowcą paradującym w kompletnym umundurowaniu oficera byłego ZSRR.

To naprawdę wyjątkowa okazja z jednej strony pokazania wielu dziesiątkom tysięcy zwiedzających również a tych starych pięknych aut, ale i z drugiej strony niepowtarzalna okazja do wymiany opinii z ich użytkownikami i możliwość bezpośredniego kontaktu z warszawskimi dziadkami, młodzieżą i dziećmi dla których widok kilkudziesięcioletnich autek jest tak samo egzotyczny jak kontakt z wypchanym dinozaurem. A ponieważ i pogoda w tym roku była łaskawą, to i jubileuszowa impreza była przednią.

III WIELKA BESKIDZKA ESKAPADA PATRIOTYCZNA

Jest również stałym punktem letniego rajdowania po kraju starymi pojazdami. I przykładem, iż jeden człowiek-orkiestra Pan Jacek może wspaniale zorganizować kolejną, coroczną wspaniałą imprezę, w której uczestnictwo może być przyjemnością. Te ponad dwieście kilometrów pokonanych krętymi górskimi drogami, możliwość zwiedzenia wielu ciekawych obiektów, to wspaniała coroczna przygoda w której miałem ponownie przyjemność uczestniczyć. I powiem więcej podobają mi się te Krakusy, ponieważ ani w tym roku, ani w latach poprzednich nigdy nie spotkałem się z przysłowiowym "uczuleniem na warszawiaków". Nie ma tam również podziału na auta lepsze i gorsze, droższe i tańsze. A i wśród uczestników nie spotkałem się nigdy z przypadkami brawury, szczeniackim wybrykami czy jakimkolwiek niestosownym zachowaniem. To coroczny wzorcowy sprawdzian dla starszych i młodszych oraz ich motoryzacyjnych staruszków. I smutno tylko, iż od dwóch lat jeden i ten sam rajdowiec ma pecha: w zeszłym roku złamał sobie biedak rękę czy nogę, a w tym również potrzebna była specjalistyczna pomoc lekarska..., po prostu pech!!!

I na koniec - przepraszając organizatorów innych ciekawych imprez w jakich danym mi było uczestniczyć w mijającym sezonie - słów kilkoro o:

I POLSKO-LITEWSKIM RAJDZIE STARYCH SAMOCHODÓW W BIAŁYMSTOKU

Arcyciekawym dlatego iż, po pierwsze - pierwszym wspólnym rajdzie pojazdów z Polski i Litwy. Po drugie - ponieważ udało się przełamać (choć nie bez początkowych oporów) stereotyp o wzajemnej nieufności i uprzedzeniach. Fakt, na początku Litwini to jakby tylko po litewsku ze sobą rozmawiali i żadnego obcego języka znać nie chcieli, a przecież koniec końców towarzysze radzieccy przez dziesięciolecia rosyjskiego ich jakoby skutecznie uczyli... Ale już wieczorem, po jednej drugiej... herbacie, okazało się że i polski język nieobcy jest prawie każdemu z nich. Jeśli zaś dodać do tego obopólną życzliwość, pomoc przy czasami szwankujących maszynach, to okazało się, że nie taki sąsiad straszny jak go malują... (po obu stronach granicy).

Piękne i ciekawe były również autka jakimi przyjechali na zlot Polacy i Litwini, był nawet piękny, prawie siedemdziesięcioletni mercedes - kabriolet, którym na początki jeździli hitlerowscy generałowie, później sowietskie gienierały i politruki a obecnie mogły pojeździć polskie i litewskie dzieciaki. Nie zabrakło też gaz-ów z "nienaruszalnych magazinów", garbatych pobied czy legendarnych już wołg z jeleniem na masce... Tak, iż w tym towarzystwie mój peugeot 504-ka coupe wyglądał jak przysłowiowy małolat... Jeśli w przyszłym roku uda się zorganizować podobną imprezę chętnie weźmiemy w niej udział: Pani Ania, 504-ka i ja!

Podsumowując trzeba powiedzieć jedno. Z jednej strony jest coraz lepiej, ale z drugiej strony jest - coraz gorzej. Lepiej - albowiem jest coraz więcej imprez dobrze zorganizowanych, z dobrym programem, ciekawych, z drugiej - niestety, z powodu coraz droższego paliwa, coraz wyższych kosztów organizacji i tym samym uczestnictwa, wielu z nas staje przed bolesnym wyborem którą imprezę wybrać, na którą pojechać. Niestety to coraz częściej konieczność podjęcia decyzji czy jedziemy z rodziną na wczasy, czy na 2-3 dniowy zlot. Niestety, nasze poczciwe stare maszyny chleją po te 12-15 litrów na 100 km, a na "wachę" podczas jednej imprezy trzeba przeznaczyć już 400-500 zł... A życzliwości ze strony państwa dla starych, zabytkowych autek i ich właścicieli - trudno się dopatrzyć...

I ELBLĄSKI ZLOT SYREN

O tym, iż syreniarze na Pomorzu - a właściwie w okolicach trójmiasta - są aktywni wiedziałem od dawna. Docierały do mnie wiadomości o regularnych spotkanach w Gdańsku, Sopocie. Nie będę ukrywał, iż wyprawa na "wycieczkę" o łącznej długości trasy około czy ponad 800 km seryjną syrenką - to dośc kłopotliwa sprawa. Na szczęście od tych kilku juz ładnych lat jestem "posiadaczem" pomarańczowego laminatu z silnikiem 1600 cm³ (od vw/audi). Kiedy więc dowiedziałem się o I Elbląskim Zlocie Syren - rzekłem: jadę. Nie bez znaczenia w chwili podejmowania decyzji był również fakt, iż w Elblągu posiadam sympatyczną rodzinkę.

Aby zaś nie przedłużać, powiem tak:
W sobotę rano odpaliłem, pojechałem i w... 4 godziny dojechałem na miejsce. "Ruda Rachela" jest po prostu rewelacyjna i niezawodna. Sympatyczne jest również i to, iż średnie zuzycie paliwa wyszło w granicach ok. 8 litrów.

W niedzielę rankiem udałem się na wskazany plac przed hotelem. Ponieważ dotarłem tam - jak się okazało - zdecydowanie zbyt wcześnie, to byłem nieco przestraszony, że odwołano imprezę, czy coś... Na szczęście koło południa zjechały syrenki i inne autka z Elbląga, Gdańska, Gdyni i innych miast Pomorza. Nie zabrakło leciwych syrenek, warszawianek i polskich fiatów, a ponadto dość licznie reprezentowane były stare motocykle.

Z bostonki dobiegała muzyczka "z epoki" czyli piosenki, marsze i inne melodie z PRL-u, co nie zawsze podobało się wiernym, zwłaszcza starszym powracajacym z pobliskiego kościoła. Z jednej strony coś tam marudzili pod nosem, że takie czerwone świństwa puszczają, ale z drugiej zaś - długo i cierpliwie zgromadzone cudeńka ogladali.

Po południu nie zabrakło oczywiście parady aut na ulicach elbląskiej starówki i nie tylko. Mieszkańcom bardzo się podobało. Szkoda tylko, iż tak mało informacji o planowanej imprezie znalazło się w lokalnej prasie. Ale wszystko do poprawienia przy okazji przyszłorocznego zlotu, na który już teraz deklaruję się wybrać...

P.s. Oczywiście i w powrotnej drodze "Piękna Rachela" spisała sie dzielnie i bez problemów. Powiem więcej - jak zwykle - ludziska dziwili się jak "takie cóś" mija normalne, seryjne i zdecydowanie nowe autka na E7. A reakcje były różne: od usmiechów, oklasków, podnoszonych kciuków do góry aż do prób scigania się przez tych, którzy poczuli się urażeni, że taka dziwna skarpeta ich wyminęła... Ale w takich przypadkach to Rachela mrugała prawym oczkiem, usuwała się na prawą stronę i zwalniała...


     
Listy gończe Do ślubu