Fiat 125 Mercedes 115
  


 

PEUGEOTY, CZYLI "WIELKA TRÓJKA"

Od pokoleń w naszym społeczeństwie, przez dziesięciolecia odciętym od osiągnięć światowej motoryzacji, pokutowało przekonanie iż "francuzy" to coś gorszego, delikatniejszego. Że są to auta nie nadające się na nasze wyboiste i zniszczone drogi. Na szczęście współczesne modele firmy PSA czyli autka marki CITROEN i PEUGEOT przebojem zdobyły znaczną część rynku samochodów małych i średnich…

Natomiast przed laty, błędna opinia spowodowana była stosunkową niewielką liczbą aut nowych sprowadzanych indywidualnie, bądź nabywanych w ramach dziwoląga zwanego eksportem wewnętrznym, za dewizy (których oficjalnie nie wolno było posiadać, ba nawet było karalne!), czyli poprzez instytucję zwaną PEWEX. Większość aut używanych sprowadzanych z zagranicy natomiast była już po bardzo dużych przebiegach, znacznie wyeksploatowana. Fatalny był również system dystrybucji absurdalnie drogich nowych części zamiennych. Stąd taka, a nie inna opinia o "francuzach".

A mnie się udało, dwa z trzech peugeotów czyli egzemplarze modelu 504 i 404 są pojazdami nabytymi i eksploatowanymi w kraju "od nowości".

504 - przez ćwierć wieku przejechała nieco ponad 50.000 km, nikt w niej nigdy nie zapalił papierosa i żaden pet nie leżał w popielniczce, na tylnym siedzeniu nikt, lub prawie nikt nie siedział, oryginalne jest wszystko od dywaników, do lakieru i podnośnika w komorze silnika. O pierwszym i jedynym właścicielu jego zacna małżonka zwykła mawiać, "usprawiedliwiając" go za to iż auto jest w takim stanie: "Przecież mąż przez całe życie był dyrektorem w zjednoczeniu, i to jego służbowym autem wozili".

404 - przed prawie czterdziestoma laty trafiła do kraju z zagranicy również jako "nówka". I przez ten cały czas była w przysłowiowych "jednych ręcach", a właściciel jak nadeszła wielka woda we Wrocławiu (chyba w 1997 roku) to najpierw autko w środku nocy ewakuował z garażu w bezpieczne miejsce, a dopiero później ślubne szczęście i graty z domu. Nie bez znaczenia jest też i fakt, iż na liczniku jest teraz jeszcze poniżej 100.000 km!

403 - limuzyna, model jakim coupe jeździł filmowy por. Colombo - niestety nie miał szczęścia tak do końca, ponieważ jego dzieje są niezbyt znane. Wiadomo natomiast, że jeden ze znanych warszawskich aktorów, kolekcjonerów włożył w nią sporo "kasiory", wyremontował blacharkę, położył lakier, wyremontował zawieszenie i… wymiękł tzn. poddał się z powodu braku dostępu do części, niemożności wyremontowania silnika. Resztki motoru po kilku latach "odzyskałem" od niezbyt solidnego rzemieślnika skorodowane i prosto z wysokiej trawy pod płotem. Później "opchnął" ją napalonemu dyrektorowi, miłośnikowi staroci z Pomorza - lecz i ten po kilkunastu miesiącach temat sobie odpuścił "odpuścił". Trzecim "nawiedzonym" byłem ja, który tę 403 za niewielkie stosunkowo pieniądze nabył…

Później już tylko dwa lata poszukiwań, zakupione trzy 403-ki w różnym stanie rozkładu, nieoceniona pomoc silnikowców z zakładu w Łomiankach-Dąbrowie, wyjątkowo solidnego starego, dobrego tapicera z Legionowa, "złotej rączki" - Pana Mirosława z Kroczewa i… zarejestrowane, sprawne autko może poruszać się po stołecznych ulicach!


Ponieważ uczucia i zboczenia nie mają granic zdrowego rozsądku to do pełnego szczęścia dziś brakuje mi tylko auta modelu 604.

Trochę tych aut sprowadzono na potrzeby rządu, niewiele używanych dotarło w ramach importu indywidualnego, lecz te które dotychczas oglądałem nadały się raczej do hutniczego pieca niż do odbudowy. Na liczniku b. rządówki dopatrzyłem się nawet liczby 525.000 przejechanych km, a przebiegi rzędu ponad 200 do 300 tys. są normą, auta są dalej w codziennej eksploatacji…




 

MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ - CZYLI MAM PEUGEOTA 504 COUPE!!!

Wyszukany, obejrzany, nabyty...

Czego może brakować do uczucia pełnej radości z życia?
- Tylko PEUGEOTA 504 COUPE we własnej kolekcji…

Kiedy wiosną 2004 roku grzecznie i pokornie leżałem sobie w szpitalnym łóżeczku po kolejnym zabiegu, tym razem koronografi, cewnikowania prawej komory serca i przedmuchaniu czegoś tam jeszcze - zastanawiałem się czy danym mi będzie kiedyś jeszcze zasiąść za kierownicą któregoś z moich staruszków, poczuć w nozdrzach zapach spalin zmieszany z mixol-em, czy "popłynąć" 504-ką, która co dopiero przekroczyła swoje pierwsze 50.000 km od nowości i szkoda by było aby poszła w obce ręce…

Na szczęście dzięki sprawnym dłoniom lekarzy kardiologów, którzy nie udali się jeszcze na emigrację zarobkową oraz wzorowo działającej służbie zdrowia Św. Piotr raz jeszcze tylko pogroził paluszkiem. Minęło kilka miesięcy. W czasie szybko postępującej rekonwalescencji powstały między innymi plany zbudowania pierwszej prywatnej pancernej syrenki (nie udało się nabyć za niewielkie pieniądze egzemplarza sprawnej ramy połączonej z silnikiem i układem hamulcowym - więc chwilowo temat zawieszony…). Niestety internet zniwelował odległości i znacznie ułatwił komunikację pomiędzy "nawiedzonymi"…

I stało się to, co stać się musiało po wielu godzinach spędzonych przed komputerem. Po odrzuceniu ofert z autami interesującymi, lecz niestety zbyt drogimi, po zarzuceniu poszukiwań na terenie kraju - kilkanaście kilometrów od Zurychu, w pięknej Szwajcarii natrafiłem na auto, którego poszukiwałem od lat już kilku PEUGEOTA 504 COUPE rocznik 1981!

Kilka dni wymiany korespondencji z właścicielem i decyzja: JEDZIEMY! Tak naprawdę to nawet nie po to, aby kupić, ale by obejrzeć jak te stare autka wyglądają w tym obrzydliwie bogatym kraju…

Pozostało tylko nakłonić Kobietę mego życia do odwiedzenia rodziny w północnej Nadrenii-Westfalii, (bo to już bliżej i tylko 650 km od Zurychu…) i wybrać termin kilku dni wolnych od pracy, czyli majowy długi weekend. Pierwsze ok. 1200 km, niemieckim 17-letnim MB 124 300E, autem ze wspomaganiem i ABS-em (niestety bez klimatyzacji) na trasie Warszawa - Dusseldorf, było upierdliwe nieco tylko do granicy, gdzie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki autostrada stała się autostradą, a i nie wyciągano przysłowiowej łapy po 3 euro za kolejne przejechane 50 km, jak trzykrotnie pomiędzy Koninem a Poznaniem. Niespełna doba odpoczynku i przed świtem start do rajdu Dusseldorf - Zurych. Tym razem pierwsze 600 km po zgniło-kapitalistycznych autostradach szybko pokonane i granica szwajcarska, a tam… Uprzejmy celnik po ujrzeniu polskich tablic rejestracyjnych od razu skierował na pobocze dla "wybranych" i grzeczne pytania: po co, na jak długo itd… "Rozbroiła" go odpowiedź, że na kilka godzin, starym autem po jeszcze starsze auto. Tak, iż ominęło nas dokładne "trzepanie" jak innych rodaków i po życzeniach udanych zakupów i dobrej jazdy wjechaliśmy do tego pięknego, ale obrzydliwie bogatego kraju (salony z dziesiątkami nowiutkich alfa-romeo i mercedesów nawet w małych miasteczkach!).

Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów autostradą, drugie kilkadziesiąt po krętych, obrzydliwie równych lokalnych asfaltowych wiejskich drogach i trafiliśmy do Oberweningen. Wioseczka, taka sobie, kilkadziesiąt obejść, znowu nieprzyzwoicie czyste krowy i ten "swiss-deutch". Prawie taki jak kilkanaście km w prostej linii niemiecki za granicą, ale jak miejscowi zaczną nawijać, to "za cholerę" nawet Niemcowi trudno zrozumieć…

I mamy przed sobą salon Firmy Tourning Garage AG (Klassische Fahrzeuge, Cabriolets) - halę największego kolekcjonera i sprzedawcy tego typu aut w północnej Szwajcarii. Dziesiątki autek od tysiąca do prawie stu tysięcy euro. Wygłaskane, wymuskane, zadbane jakby przed chwilą opuściły fabryczne hale, mimo iż od tego czasu minęło czasami grubo ponad pół wieku. A wśród nich kilka peugeotów coupe m.in. 404, 403 i 504…

I kiedy już prawie zwątpiliśmy, - bo "tego" wybranego nie było wśród nich, to całkiem z boku, pod wiatą wciśnięty pomiędzy jakieś pospolite MB 123, czy stare renówki stał ON, prawie tak uroczy jak na fotkach.

Jak na standardy zachodnioeuropejskie i to co znajdowało się w salonie, na pierwszy rzut oka, to autko było rzec by można w stanie marnym: dach pogięty, klekot po odpaleniu zwiastujący duże kłopoty z wydechem lub z silnikiem, ale… Kiedy padłem plackiem przed i pod nim, to okazało się, iż od tak dzielnie warczy delikatnie mówiąc, nieszczelny układ wydechowy z nieszczelnymi (nieco dziurawymi) tłumikami.

Natomiast to, co mnie zupełnie zaskoczyło to stan komory silnikowej, wnętrza pojazdu oraz pełna dokumentacja (z fakturami) dotycząca tego, co było wykonywane w ciągu ostatnich 12-14 lat. Poprzedni właściciel w stacjach obsługi (zgodnie z fakturami) "pozostawił" ponad 16.000 CHF. Niestety w czasach "mody" na instalowanie szyberdachów, jeden z 3 poprzednich właścicieli - chyba też go założył (osadzenie bez fabrycznego przeprofilowania blach wskazuje na montaż indywidualny). Czyli krótko mówiąc autko zostało "skundlone", ale nie ma tego złego co, by na dobre nie wyszło - znacznie obniżyło cenę wyjściową i ułatwiło negocjacje cenowe. Nie powiem, zaproponowano nam ściągnięcie na drugi dzień kompletnego wydechu tj. rury i tłumików, ale ich cena oraz cena roboczogodziny (tylko 99 euro!) sprawiły, iż wynegocjowaliśmy i nakłoniliśmy miejscowych do typowo polskiego rozwiązania czyli pospawania ich w kilkunastu miejscach… (aby specjalnie nie "warczało" po drodze).

Niestety jak to zwykle bywa w beczce miodu znalazła się i łyżka dziegciu. Prawie "zapomniano" dorzucić, obiecanego dodatkowego kompletu kół na alufelgach. Ale przyznać trzeba, iż słowo szefa sprawiło iż kółka znalazły się w bagażniku…

Jeszcze tylko badanie sprawności pojazdu na stacji diagnostycznej i wyrejestrowanie oraz tablice wyjazdowe w wydziale komunikacji z Zurychu i w drogę… Możesz Czytelnik uwierzyć lub nie, ale po analogicznych czynnościach w Niemczech, trwających kilkanaście minut, myślałem że nie może być już szybciej, ale… W Szwajcarii, urzędniczka (obsługująca petenta na stojąco, aby go nie obrazić) w ciągu niespełna pięciu minut, przyjęła dokumentację zakupu i dopuszczenia do ruchu, wystawiła dowód rejestracyjny wyjazdowy oraz dokumenty międzynarodowego ubezpieczenia OC, przyjęła kasę, sprzedała winietę na autostrady oraz wydała tablice rejestracyjne…. I wszystko z uroczym, zawodowym uśmiechem na buźce.

I kiedy byłem już pełnoprawnym posiadaczem tego autka, pełen obaw asekurowany przez krewniaka ruszyłem w drogę. Byłem pełen obaw przed jazdą w wielokilometrowych korkach, mając perspektywę jazdy w deszczu i nocą. A poza tym to autko przez kilkanaście miesięcy po prostu stało! Z każdym przejechanym kilometrem obawy znikały. Wszystko działało bez zastrzeżeń: wspomaganie, elektryczne szyby, ogrzewanie, żadnych drgań na kierownicy, czy łapania temperatury w korkach na autostradach…

Z tej radości kierowania tak wspaniałym bolidem oraz po życzliwym machnięciu ręką przez szwajcarskiego pogranicznika i celnika… popełniłem nieświadomie błąd, który mnie mógł później sporo kosztować (nawet konieczność dodatkowej wycieczki o długości 2400 km!) - nie dokonałem odprawy celnej wyjazdowej z kraju nie należącego do Unii Europejskiej!!! Na szczęście życzliwość Pana Kierownika w UCII w Warszawie sprawiła iż wszystko skończyło się na solidnym strachu, pouczeniu, podaniu i odprawie warunkowej na placu na Okęciu. Tu serdeczne podziękowania dla Pań i Panów celników życzliwie do mnie i tematu nastawionych!!! Jazda z każdą minutą i przebytymi kilometrami była coraz przyjemniejsza.

Czasami wskazówka prędkościomierza przekraczała 140 km/h i… żadnych sensacji. Te powrotne do Dusseldorfu ponad 600 km było prawdziwą przyjemnością, komfort jazdy i ergonomika siedzeń lepsze niż w Peugeocie 504 limuzynie, a nawet w MB 124 300E, którym wybraliśmy się na te zakupy do Szwajcarii.

W dwa dni później młody człowiek tymże autem, bez najmniejszych problemów udał się na randkę do Warszawy (tylko kolejne 1200 km), na spotkanie z nową kandydatką na narzeczoną. Mnie ten szczęśliwy zbieg okoliczności uratował od konieczności powtórnego wyjazdu do Niemiec, lub od ponoszenia dodatkowych kosztów transportu. Teraz tylko już tylko… kilkanaście dni wędrówek po krajowych urzędach… i może za jakieś dwa-trzy tygodnie autko będzie miało nasze "białe" tablice.

I na koniec nieco danych technicznych o tym egzemplarzu:

- model coupe i kabriolet - były produkowane w latach 1969-1983,
- łącznie wyprodukowano ich w ilości nieco ponad 22.975 egz. (wersji coupe i 12.270 egz. w wersji kabriolet,
- twórcą bryły nadwozia był słynny projektant i stylista: Pininfarina,
- auto wyposażone było w silniki benzynowe rzędowe o poj. 1,8 i 2 l (1,971 l) lub silnik 6-cylindrowy w układzie V pojemności 2,664 l., o mocy odpowiednio o 97, 100, 104 i 136 PS,
- w latach produkcji kosztowało od 17.000 do 24.000 DM (tj. o ok. 100% więcej od wersji limuzyna lub combi),
- był seryjnie wyposażony m.in. w wspomaganie kierownicy, wtrysk firmy Bosch, wentylowane hamulce tarczowe (przód i tył), elektrycznie podnoszone szyby,
- auto w wersji sportowej 504 V6 coupe, ze znanym ówcześnie kierowcą rajdowym Jean-Pieree Nikolas, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych zwyciężyło m.in. w rajdach Safari i Rallye de Bandama,
- wymiary auta - 436x170x136 cm, waga - od 1235 do 1295 kg (w zależności od rodzaju nadwozia i silnika,
- jako ciekawostkę można podać informację, iż przy jednakowej cenie sprzedaży przed laty, wersja kabriolet jest o ok. 50% droższa od coupe,
- omawiany egzemplarz pochodzi z 1981 r., wyposażony jest w słabszy 2-litrowy silnik rzędowy z bezpośrednim wtryskiem paliwa), charakterystycznymi elementami tego modelu "Mark 3" są szerokie zderzaki z tworzywa w kolorze nadwozia z umiejscowionymi w nich kierunkowskazami przednimi oraz klamki kasetowe,
- silniki V6 o poj. 2,7 l. stosowane były w produkowanym od 1975 r. najbardziej ekskluzywnym modelu 604.

Podsumowując; Znalezienie przyzwoitego auta (oczywiście z produkcji wielkoseryjnej) z lat 60, czy 70-tych, dzięki Internetowi jest dziś stosunkowo proste. Potrzeba tylko sporo cierpliwości i godzin spędzonych na poszukiwaniach. Polecam również dokładne przeglądanie ofert prasowych, zwłaszcza w prasie lokalnej lub hobbystycznej. Należy jednak unikać handlarzy i pośredników (szczególnie tych ciemnolicych).

Reszta to już jest naprawdę prosta. Niestety - tylko po tamtej stronie granicy. Tu była (z wyjątkiem postawy celników) drogą "przez mękę". A to w agencji celnej wypełniono nie te druki, a to w urzędzie skarbowym Pani Urzędniczka nie wiedziała, że danina 150 zł i wypełnianie PiT-a 14 przy autach np. ze Szwajcarii nie obowiązuje, ale szczęśliwie znała formułkę: "Się Pan zgłosi za siedem dni, bo tyle Urząd ma na wydanie decyzji w sprawie", itd…

Na szczęście kieszeń już totalnie pusta, to i pokus więcej na import indywidualny używanego auta już nie będzie.

P.S.
W związku z nowym nabytkiem poszukiwania części i autek rozszerzam również i o ten model.

CZAS LECI...

Życie przez ponad pół roku jakie minęło od chwili zakupu tej 504-ki dopisało kolejne kartki w tej historii.

Szczęśliwie, dzięki Panu Mirkowi właścielowi warsztatu blacharsko-lakierniczego w Kroczewie coupetka ma już pięknie wyprostowany i polakierowany dach, który nie straszy już odpryskami i wgięciami, a dodatkowo po zewnętrznym odświeżeniu powłoki lakierniczej sprawia, iż oglądają się za nią nie tylko dojrzali panowie, ale i sympatyczne, dorastające młode damy. I szkoda tylko, iż ten entuzjazm cichnie nieco na widok starszawego siwiejącego pana po pięćdziesiątce gramolącego się do wnętrza pojazdu. Na szczęście moje nieślubne szczęście i obiekt moich wieloletnich westchnień Pani Anuśka od pierwszej chwili polubiła i zaakceptowała obecność w rodzinie jeszcze jednej "konkurentki"...

Do udanych można również zaliczyć miniony sezon dla tego autka. Miedzy innymi wspólnie z Anią "zaliczyliśmy": Zlot syrenek, warszawianek i innych aut zabytkowych w Kole, I Polsko-Litewski Zlot Pojazdów Zabytkowych w Białymstoku, III Wielką Beskidzką Eskapadę w Okolicach Krakowa i Rajd Jesienny CAR-u w okolicach Radomia.

Autko po remoncie przejechało w tym sezonie już około 5-6 tys. km bez najmniejszej awarii. A jazda nim to prawdziwa przyjemność, "płynie" a nie jedzie, kiedy wdepnie się w pedał to mimo posiadania słabszego, tylko 2-litrowego silnika kierowca i pasażer czują jak lekko wciskani są w oparcie foteli. Na jedynej dłuższej prostej, równej "autostradzie" pod Zakroczmiem oraz w Niemczech kilkakrotnie udało się bez problemu przekroczyć 170 km/h. Bez wibracji, dziwnych odgłosów i innych atrakcji, zaś prędkość podróżna 110-130 km, to taka, kiedy słychać tylko miarowy pomruk silnika i poświst powietrza poprzez nieszczelne uszczelki. Problemem jest może tylko zużycie krajowego paliwa - średnio miasto-trasa ok. 11 do 12 l/100 km., na niemieckim czy szwajcarskim było ono o 1-2 l niższe (choć i jakość dróg, też może mieć dosyć istotne znaczenie).

W pierwszych dniach listopadach peugeocik odbył kilkudziesięciokilomertowy przejazd na zimowe leże w okolice Płońska. Nie ukrywam bowiem, iż po tych poprawkach blacharsko-lakierniczych, mimo posiadania dodatkowego ogumienia zimowego, trochę będzie mi szkoda używać jej w złą pogodę, przy opadach deszczu lub śniegu. Niech sobie w spokoju przezimuje w towarzystwie starszych sióstr - 403, 404 i 504-ki... No, może przy dobrej pogodzie kilka razy przed wiosną wyprowadzimy je na niewielką przejażdżkę...


     
Fiat 125 Mercedes 115