Strona główna O autkach
  


 

O SOBIE I MOJEJ MIŁOŚCI DO SYRENEK, "WARSZAWIANEK"
I INNYCH STAROCI MOTORYZACYJNYCH Z LAT 50, 60 I 70,
GDY W POLSCE BEZ POWODZENIA BUDOWANO DROGĘ DO SOCJALIZMU…

Powiem tak i może zabrzmi to śmiesznie, ale moja miłość do motoryzacyjnych staroci narodziła się już w… piaskownicy, a właściwie tuż obok niej, w starym ciężarowym bedfordzie z demobilu, który wylądował na warszawskim Powiślu, przy ulicy Radnej pod numerem 12, gdzie wieczorami paliły się gazowe latarnie a "nawiedzona" babcia pasła kozy na skwerku pod uniwersytecką skarpą, i gdzie spędziłem pierwsze siedem lat swojego żywota.

Jak silne było to uczucie najlepiej świadczy to, iż jako 6-7 latek zapamiętałem na długie lata metalową szoferkę forda, zieloną farbę nadwozia i nas maluchów walczących o to, aby być tym za kierownicą…

Później były "w rodzinie" jakieś syrenki, warszawianki, prawie nowy garbus brata ojca - rocznik 54 (mój rówieśnik). Na przełomie lat 60/70-tych pierwszy "nasz" trabant z dumnie wpisaną w jednej z rubryk dowodu rejestracyjnego nazwą 601 - limuzyna (jako małolat uczyłem się na nim wjeżdżania do garażu - co niestety kiedyś skończyło się "parkowaniem" na ścianie i rozbiciem wielkiego gąsiora z winem). Razem z rozpoczęciem epoki tow. Gierka w rodzinie pojawił się maluch. Wcześniej, w połowie lat siedemdziesiątych posiadłem prawo jazdy kat. B na skodzie 100, jednej z pierwszych, jeszcze z klamkami zewnętrznymi…

Dalej to już nauka i praca, praca i praca… I to był błąd, ponieważ w połączeniu z innymi elementami stresującymi takimi jak małżeństwo, rozwód, zakończyło się to wszystko - przed prawie ośmioma laty - rozległym zawałem ściany przedniej komory serca (czy coś tam, jakoś było napisane) z niedotlenieniem mózgu i utratą zdolności mowy na czas jakiś… I przyszedł czas na zastanowienie - co dalej?!

Przed rozwodem miałem jeszcze cudowną, przedwojenną kabriolimuzynę DKW Sonderklasse rocznik 1939, z roldachem, dwusuwowym silnikiem z dwoma gaźnikami i cylindrami wstępnego sprężania, z metalowym nadwoziem na drewnianej ramie, gdzie blachy były cynkowane i posiadały fabrycznie 8 czy 9 warstw podkładów i farb…

Może nie było to najrozsądniejsze posunięcie, ale już po miesiącu od zawału, w pierwszym tygodniu pobytu w szpitalu - sanatorium w Konstancinie koło Warszawy, urwałem się na jedno popołudnie i przyprowadziłem sobie i schowałem za przyszpitalnym śmietnikiem w krzaczorach, "dla zdrowotności" - oczywiście, piękną granatową warszawiankę 204, którą już wcześniej posiadałem. Jej obecność znacznie przyspieszyła proces rekonwalescencji i zupełnie niepotrzebnie strasznie zdenerwowała pana profesora, kierownika tej placówki…

Następnie przyszła pora na czerwoną "garbatą", pierwszą, drugą, trzecią, czwartą i dalsze syrenki, mikrusy, następne warszawy, peugeoty 403, 404 i 504…

I trwa to do dziś, ale o dniu dzisiejszym to już w innym miejscu…


     
Strona główna O autkach