Polski klasyk lat 60-70

FSO Syrena 105

 

FIAT 125p

O tym autku napisano tak wiele, że nie będę tego powtarzał. Powiem tylko, że jak wertuje się numery "MOTOR-u" czy "Techniki Motoryzacyjnej" z drugiej połowy lat sześćdziesiątych to okazuje się, że już wtedy "czerwona propaganda" była całkiem sprawnie działającym instrumentem. Dziś znane i szanowane postacie z historii polskiej motoryzacji, wtedy "na zamówienie" pisały teksty w taki sposób, iż przeciętny czytelnik (wtedy dość skutecznie odcięty jeszcze od motoryzacyjnych nowinek zachodu) miał prawo odnieść wrażenie, iż zakupiona właśnie w tym okresie licencja na to coś zwane szumnie fiatem 125p będzie ósmym cudem świata i panaceum na wszystkie nasze bolączki motoryzacyjne. Prawda zaś była więcej niż brutalna. Z zewnątrz ten stwór faktycznie był nieco podobny do włoskiego oryginału kryjącego się pod numerem 125, ale jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach: nasze "to-to" z powodu trudności technologicznych, dla obniżenia kosztów produkcji zamiast klamek kasetowych miało zewnętrzne - jak w ukochanej syrence, lampy zamiast kwadratowych - okrągłe za archaiczną srebrną atrapą, bo łatwiejsze i tańsze w produkcji… Zegary i deska we wnętrzu - to zbieranina z różnych modeli fiata przełomu lat 50 i 60-tych, "nasz" nigdy nie doczekał się takich jak "ich". O złomie technologicznym w środku to aż żal wspominać. W oryginale był silnik o poj. 1600 cm3, z dwoma wałkami rozrządu w głowicy, u nas natomiast silniczek 1300 znany z modeli fiata z lat pięćdziesiątych. Tych "drobnych", ale istotnych szczegółów można by wymieniać w nieskończoność… Kiedy więc w końcu 1967 roku pierwsze egzemplarze tego autka trafiły do "zasłużonych" towarzyszy i obywateli - cielęcym zachwytom nie było końca. Fakt, był to wizualnie i cenowo, z jednej strony ogromny przeskok od siermiężnej warszawianki i syreny, ale jednocześnie totalna ogólnonarodowa bujda na resorach o nowoczesności itd… A ponieważ naszym historycznym powołaniem było ratować znajdujący się w finansowych tarapatach koncern fiata, to taką samą bujdę na resorach zafundowano narodowi dekadę później z zakupem licencji na malucha. Może ktoś powiedzieć, że złego wyrobu nie można już spieprzyć. Nieprawda, nam się udało - to co w kilka lat później schodziło z warszawskiej FSO i trafiało do klientów, było jeszcze gorsze. Stąd westchnienia nabywców do tych "pierwszych fiatów, jeszcze z włoskich części". I może właśnie dlatego dotrwał do naszych czasów egzemplarz tego modelu z 1970 roku, który dzięki ogłoszeniu w "Dzienniku Łódzkim" nabyłem przed kilkoma laty od pierwszego właściciela. Kiedy pierwszy raz odwiedziłem wiekowego już pana inżyniera włókiennika, to wysłuchałem jak zwykle długich i ciekawych opowieści. Przez trzydzieści lat był pierwszym właścicielem, przejechał w tym okresie nieco ponad 85.000 km. Dbał chyba o to autko lepiej niż o własną ślubną małżonkę, bo dotrwało w oryginalnym lakierze i bez dziur, mechanicznie również bez zarzutu. Ubolewał tylko, że po dwudziestu pięciu latach musiał się wpędzić w koszty i kupić dwie nowe gumy, bo "…panie, nie chcieli na przeglądzie przepuścić!". Dla zabezpieczenia progów przed korozją "nakrył" je nakładkami z "nierdzewki", z której specjalnie wykonano również tłumik (z zewnątrz był jak nowy, wewnątrz… już nic nie było, ale jakie sportowe dźwięki wydawał…). Z usprawnień wprowadził również mosiężne "jabłko" przy dźwigni zmiany biegów przy kolumnie kierownicy, z tworzywa ponoć pękały. Ponieważ było zarejestrowane, sprawne to w tydzień później pomknąłem z Łodzi do stolicy - bez problemów. Właściciel trzymający się dzielnie do tej chwili rozpłakał się gdy ruszałem w drogę. W idealnym stanie, jak na swój wiek zachowało się wnętrze "eksportowe" tj. z czerwonej dermy robiącej za skórę. Po położeniu lakieru - tylko zewnętrznie, autko dalej bez problemu jeździ i budzi sympatyczne reakcje innych użytkowników dróg, a hamulce to ma takie, że przed ostrym hamowaniem lepiej zapiąć pasy (również wynalazek pana inżyniera sprzed 34 laty, z interesującym i genialnym w swojej prostocie sposobem zamykania). Dla potomności i z racji sporadycznego używania pojazdu zachowałem "kartoflaki" (takie popularne określenie niskiej jakości opon rodzimej produkcji), dzięki czemu mogę dziś synowi pokazać, że kiedyś to się jeździło… na gumach, które mimo nawet bardzo dobrego stanu bieżnika przy mokrej nawierzchni, czy przy opadach śniegu sprawiały iż po niewielkim nawet hamowaniu autko jechało niekoniecznie tam, gdzie chciał kierujący… Do szczęścia brakuje mi tylko, aby gdzieś na jakiejś giełdzie samochodowej natrafić na fabrycznie nowe zaokrąglone, zderzaki z kłami, jakie były stosowane w pierwszym okresie produkcji modelu. Nawet położenie nowego chromu to już nie jest to. Może gdzieś jeszcze, w jakiejś piwniczce, spoczywają sobie i czekają na mnie…

Fiat 125 - przód samochodu

Fiat 125p

Fiat 125 - wnętrze samochodu

5